Nissan X-Trail. Krowa Wagyu czy steak haché?

1

Kilka tygodni temu pewien mój znajomy wpadł do biura wyraźnie podekscytowany. Już od drzwi dało się zauważyć, że ma do przekazania jakąś niewiarygodnie ciekawą wiadomość albo nieprawdopodobną historię do opowiedzenia. Pozory, niestety, okazały się mylące, bo cała sprawa dotyczyła kawałka mięsa. Otóż wyobraźcie sobie, że gdzieś, na jednej z wylotówek z Warszawy, przedsiębiorczy restaurator (choć to chyba zbyt duże słowo), postawił przyczepę, kilka drewnianych stolików i serwuje hamburgery. Niby nic, normalka, szczególnie, że takie mobilne hamburgerownie stały się bardzo modne wśród ciężko pracującej klasy średniej. Tyle, że TE hamburgery nie znikną w żołądkach ciężko pracującej klasy średniej. Dlaczego? Dlatego, że taki hamburger kosztuje jakieś 80 złotych polskich, czyli tyle, ile cztery zestawy w Maku.

Rzeczywiście, historia wyglądała na totalnie nieprawdopodobną, do czasu, kiedy mój znajomy odkrył wszystkie karty. Cała tajemnica tkwi we wspomnianym wcześniej kawałku mięsa. Bo to mięso, to nie byle jakie mięso. To kawał krowy z Japonii, do tego krowy rasy Wagyu, która, zanim została przerobiona na hamburgery, pasła się spokojnie w okolicach japońskiego miasta Kobe.

Zapytałem więc wujka Google i wujek błyskawicznie odpowiedział, że kilogram takiej krowy kosztuje około 500 Euro! Wychodzi więc na to, że 80 dych za bułkę z kawałkiem wołowiny to cena promocyjna. Nie mam pojęcia, czy mięso z krowy Wagyu jest warte takich pieniędzy, ale skoro są klienci, to pewnie jest warte. Kiedyś będę musiał spróbować, bo – obok bycia fanem amerykańskich samochodów – jestem także fanem wołowiny, najlepiej krwistej. Tak, to nie pomyłka. Hamburger nie musi być wysmażony na kapeć, może być krwisty. Wiedzą o tym zarówno Anglicy jak i Francuzi. Wiem i ja, ponieważ taki średnio wysmażony burger, znany we Francji jako steak haché, jest jednym z głowych dań serwowanych w eurosportowej kantynie w Paryżu.

Skoro jesteśmy już we Francji, nie można nie wspomnieć o francuskich antrykotach, czyli steku we francuskim rozumieniu. W przeciwieństwie do burgerów, smaży się go z jednego kawałka mięsa i – niestety – dla mnie, jako smakosza wołowiny, jest nie do przejścia, a właściwie nie do przetrawienia. Zazwyczaj żylasty, cienki i generalnie blee. Przy okazji, jedna uwaga, a raczej porada. Jeśli zdarzy się Wam zamówić antrykota we Francji, poproście, żeby był „well done”, macie wtedy szansę, że dostaniecie kawałek lekko wysmażonego, krwistego mięsa. Propozycja „medium rare” oznacza, że kucharz wyjmie mięcho z lodówki, zatrzyma się na 10 sekund obok patelni i rzuci antrykota na talerz.

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi temu człowiekowi, który miał pisać o samochodach, a rozwodzi się nad jakością wołowiny i nad czasem smażenia antrykota. No więc, po pierwsze, jestem trochę głodny i wątek kulinarny sam przyszedł mi do głowy, a po drugie, mamy dzisiaj opowiedzieć o Nissanie X-Trail, który jest daniem przygotowanym przez francusko – japoński zespół kucharzy.

X-trail to samochód, który ma już swoją historię. Produkcja ruszyła, jeśli się nie mylę, jakieś 14 lat temu i od tej pory Nissan zaserwował nam X-Traila w trzech odsłonach. Ponieważ dwie pierwsze odeszły w niepamięć, skupimy się na najnowszym przepisie, który zdjęto z rusztu zupełnie niedawno.

Nawigacja dowiozła mnie tam, gdzie chciałem. W końcu od tego jest nawigacja

Nawigacja dowiozła mnie tam, gdzie chciałem. W końcu od tego jest nawigacja

Nissan X-Trail III generacji to samochód, który, obok całej masy nowości technologicznych, przede wszystkim wygląda inaczej. W porównaniu do swoich poprzedników, jest jak dobre danie podane na talerzu ozdobionym warzywami gotowanymi na parze. Nie jest tak toporny, kanciasty i terenowy. Kiedy wyjedziecie nim na bulwar w centrum miasta, nie będziecie wyglądali jak Indiana Jones, który pomylił zjazd z autostrady i zamiast tabliczki „Nowhere” wybrał tabliczkę „Downtown”. Zaokrąglone kształty i drobiazgi rodem z innych modeli japońskiego producenta powodują, że – na pierwszy rzut oka – można dojść do wniosku, że to zupełnie miejski samochód. Specyficzny, charakterystyczny i wyróżniający się z tłumu. Oczywiście to kwestia gustu – mój kolejny znajomy stwierdził, że to straszna pokraka, ale w jego garażu stoi Opel sprzed epoki dinozaurów, na którego kanciastych krawędziach można kroić wspomnianą wcześniej wołowinę, więc nie ma się czemu dziwić. No więc design mamy za sobą, moim skromnym zdaniem jest jak najbardziej OK.

Kilka dni przed pierwszym spotkaniem z X-Trailem jeździłem Citroenem C4 Picasso. Też Francuz, więc obawiałem się trochę napoleońskiej, bo przecież nie ułańskiej, fantazji. W C4 nawet włączenie radia wymagało przestudiowania instrukcji obsługi, zresztą Citroen od lat słynie z rozwiązań, które są zrozumiałe wyłącznie dla tych, którzy je wymyślili. Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście Citroen to także cała masa innowacji, które zmieniły motoryzacyjny świat, ale dla mnie samochód powinien służyć przede wszystkim do jeżdżenia. No więc trochę się obawiałem tego, co znajdę – a raczej tego, co będę bezskutecznie próbował znaleźć – w środku.

Przed wakacjami żona nie będzie marudziła. Cała szafa jedzie z Wami!

Przed wakacjami żona nie będzie marudziła. Cała szafa jedzie z Wami!

Jednak bardzo szybko okazało się, że w Nissanie X-Trail wszystko jest na miejscu. Większość funcji dostępnych jest z dotykowego panelu znajdującego się w centralnej części deski, pozostałe informacje wyświetlane są bezpośrednio przed kierowcą, pomiędzy prędkościomierzem i obrotomierzem. A więc tak, jak powinno być. Łatwo, przejrzyście i intuicyjnie. Jednak największe wrażenie, kiedy już wymościcie sobie fotel X-Traila, robią jego rozmiary. To wielki samochód, do którego trzeba wsiadać używając schodków z garderoby. Tak mi się przynajmniej wydawało na początku, ale kontrast, w porównaniu z moim amerykańskim (oczywiście!!!) kanapowcem jest ogromny. Fakt, proces wsiadania i wysiadania z mojego wysłużonego 300M przypomina wślizgiwanie się do dziury w ziemi. W X-Trailu to raczej górska wspinaczka.

Nissan X-Trail oferuje całą masę gadżetów, które ułatwiają kierowcy przemieszczanie się z punktu A do punktu B, czyli wykonywanie podstawowego zadania, jakie ma przed sobą, siadając za kierownicą samochodu. W testowym egzemplarzu mogłem korzystać z nawigacji (całkiem niezłej i dokładnej – a to rzadkość w firmowych „navigo”), systemów czujników parkowania, którymi Nissan obklejony jest z każdej strony i rzeczy, której używałem pierwszy raz – kamery 360 stopni. I ten element wyposażenia zrobił na mnie największe wrażenie. Kamery umieszczone wokół samochodu pokazują na wyświetlaczu LCD obraz tego, co dzieje się dookoła X-Trail Czołgu. Bardzo przydatne, kiedy parkujecie w miejskim gąszczu, szczególnie, kiedy pasujecie się obok słupków, ścian czy innych przeszkód, jakie w mieście możecie spotkać praktycznie wszędzie. Działa idealnie. No, prawie idealnie… Skończyło się na lekko przyrysowanym zderzaku. Ale to moja wina, zapomniałem o zasadzie ograniczonego zaufania, pozy tym, w garażu, w którym spotkałem się ze słupkiem było ciemno i ponuro, a ja swoje lata już mam i czasem niedowidzę.

Zapnijcie na stałe, albo pozwólcie działać technologii

Zapnijcie na stałe, albo pozwólcie działać technologii

Sama jazda? Przede wszystkim jest bezpiecznie. A przynajmniej takie odnosi się wrażenie, bo zarysowany zderzak był jedynym elementem, który ucierpiał w ciągu nissanowych siedmiu dni. Jeśli jednak wierzyć testom NCAP, według których X-Trail otrzymał 5 gwiazdek, samochód zapewnia bezpieczeństwo zarówno kierowcy i pasażerom, jak i ewentualnym napotkanym przeszkodom w postaci pieszych, którzy – jak doskonale wiecie – w czarnych kurtkach plączą się po ulicach bez ładu i składu, najczęściej kiedy pada i kiedy jest ciemno. Ale niech im będzie. Jeśli – nie daj Boże – spotkają się z Nissanem X-Trail, mają zdecydowanie większe szanse niż w przypadku wizyty na masce kanciastego Opla mojego znajomego rzeźnika.

X-Trail jest oferowany w Europie z jednym silnikiem. To diesel o pojemności 1.6 litra i mocy 130 koni mechanicznych. Tak tak, to nie pomyłka. Nowoczesna technologia powoduje, że nawet amerykański lotniskowiec USS George H.W. Bush mógłby popłynąć napędzany silniczkiem o pojemności dużej butelki Coca-Coli. I nawet, jeśli na początku pokręcicie nosem, chwilę później przyznacie, że 1.6 pojemności jest całkiem w porządku. Oczywiście nie ma tu mowy o szaleństwie, ale przecież X-Trail to nie Ferrari i nikt nie będzie się nim ścigał. Zapomnijcie o pasowaniu się z perłowym BMW na światłach na Marszałkowskiej, bo poniesiecie sromotną klęskę. Ale za to z egoistyczną wyższością miniecie to samo BMW na autostradzie, zapominając o czymś, co w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze do samochodów doczepiane były cysterny, nazywano stacjami benzynowymi. X-Trail zużywa nieprawdopodobnie, jak na swoje rozmiary, mało paliwa. Mój zużył średnio niespełna 6 litrów na 100 kilometrów, a większość owych kilometrów spędziłem w korkach. Wynik rewelacyjny i bez wątpienia właśnie zużycie paliwa jest wielkim atutem tego samochodu. Mimo wszystko, wolelibyście mieć więcej pod butem? Jeśli mnie pamięć nie myli, Japończycy mają zamiar wprowadzić do sprzedaży kolejną wersję silnikową, mocniejszą o jakieś 30KM.

I na koniec – jazda w terenie. Przecież Nissan X-Trail ma swoje korzenie i swoją dumę wynikającą z X-Trailowego drzewa genealogicznego. Kiedy zdecydujecie się na wybranie tabliczki „Nowhere” macie do wyboru kilka opcji. Możecie na stałe zapiąć napęd na cztery koła, albo zaufać technologii i ustawić magiczne pokrętło w pozycji AUTO. Wtedy to komputer, wspomagany czujnikami i odpowiednim oprogramowaniem sam zdecyduje, czy zabrać z przodu i dołożyć z tyłu. Po obtarciu zderzaka nie chciałem ryzykować zbyt wiele, więc wybrałem piaszczyste dukty leśne, niezbyt trudne i grząskie. Ale też takie, na które nie odważyłbym się wjechać moim 300M bez wcześniejszego telefonu do laweciarza. Efekt trudno opisać, bo X-Trail nawet się nie zająknął i nie zakrztusił. Nie wydarzyło się nic, a komputer w najbardziej ekstremalnym momencie zabrał z przodu zaledwie 20% napędu, który sprytnie przerzucił na tylną oś. I tyle. W terenie wszystko działa zgodnie z planem. CND, czyli Co Należało Dowieść.

Podsumowując, japońsko-francuski stek jest jak najbardziej jadalny i trawi się go sprawnie od pierwszego kęsa. A do tego kilogram X-Traila kosztuje średnio tylko 25 Euro, czyli jakieś 20 razy mniej od hamburgera z przyczepy.

Adam Widomski

The following two tabs change content below.

Adam Widomski

Redaktor Naczelny Eurosport Polska. Komentator sportów motorowych.

4 przemyślenia na temat “Nissan X-Trail. Krowa Wagyu czy steak haché?”

  1. ~Falibor pisze:

    nieprzygważdżany

  2. ~korol pisze:

    No dobra, gdzie te hambuksy ???

  3. ~Joanna pisze:

    A ja gdzieś wyczytałam, że to podobno kobiecy samochód. Chyba tylko przez te czujniki dla blondynek ;)

  4. ~Jarek_Zei pisze:

    Widziałem już ten samochód na ulicy. Rzeczywiście duży to jest. Ale nie do końca jestem pewien czy z takim silniczkiem rzeczywiscie poradzi sobie w bardziej trudniejszym terenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>