Suzuki Grand Vitara. Wół roboczy bez sprzęgła

Suzuki_Vitara_telefon-260x260

Właściwie miało być o złotym Suzuki Vitara, ale cóż…  Znów potwierdziła się stara zasada, mówiąca, że jeśli coś ma pójść nie tak, to na pewno pójdzie. Gdyby zliczyć wszystkie dziwne i niewyjaśnione przypadki, jakie spotkały nas podczas wieloletnich podróży, mało kto by w nie uwierzył.

Vitara zaczęła marudzić już po kilku kilometrach od lotniska w Atenach. Wyła, śmierdziała i nie chciała jechać pod górę. Sprzęgło łapało w ostatnim momencie, silnik kręcił się na najwyższych możliwych obrotach. I dlatego lubię pisać o samochodach z wypożyczalni, które muszą przejść przez prawdziwe piekło. Niedzielni kierowcy, wyścigowi wariaci, czasem tylko trafią się tacy, którzy dokładnie wiedzą, jak kręcić kierownicą. Poza tym – wiadomo. Nie swój samochód to najlepszy samochód na świecie. Dlaczego? Bo nie swój.

Ale właśnie takie samochody poddawane są prawdziwym testom, które nie wybaczają błędów i nieludzkiego traktowania skrzyni biegów, silnika, zawieszenia albo opon. No i nasza złota Vitara była najlepszym przykładem. Mocno już zmęczonym (77.000 km na liczniku) i mocno wyeksploatowanym.

Wytrzymała niewiele, bo udało się nią dojechać do miasteczka Loutraki, położonego niespełna 100 kilometrów od stolicy Grecji. W nocy trochę ochłonęła, ale następnego dnia wydała ostatnie tchnienie. Dlaczego w takim momencie!?  Narobiła nam mega obciachu, chociaż w sumie, patrząc na to zupełnie z boku, nie skończyło się wcale najgorzej.

Ale od początku. Samochód Suzuki Vitara sprawdzaliśmy już kilkanaście razy, w warunkach, dla których został stworzony. To znaczy w trudnych warunkach. Kiedy jeszcze pracowaliśmy całą eurosportową ekipą obsługując Rajd Polski, to właśnie Vitara pomogła nam dotrzeć wszędzie, gdzie należało. Więc nie miałem o Suzuki złego zdania. Zresztą dzisiaj też nie mam, potwierdziło się tylko, że każdy samochód może się kiedyś rozkraczyć. Tak na amen.

Bezpieczeństwo przede wszystkim. Przecież mogły zadeptać nas kozy…

Bezpieczeństwo przede wszystkim. Przecież mogły zadeptać nas kozy…

W piątkowy wieczór zadzwonił telefon. Xavier Panseri – pilot Bryana Bouffier, znany Wam doskonale z polskich odcinków specjalnych. Trzykrotny mistrz kraju, zwycięzca legendarnego rajdu Monte Carlo. Nasz dobry znajomy. Do Grecji przyjechał z połówką. Zaraz zaraz, to nie tak, jak wszyscy myślicie!!! Mam na myśli drugą połówkę pomarańczy! Ale druga połówka pomarańczy nigdy jeszcze nie widziała samochodu rajdowego w akcji, więc Xavier poprosił o pomoc. Chłopaki, zabierzecie kogoś ze sobą na odcinki? Jasne, nie ma problemu, w Vitarze jest miejsca a miejsca.

Umówiliśmy się w parku serwisowym tuż przed startem drugiej pętli. Jakoś tak się zazwyczaj układa, że pierwsza, poranna pętla, tradycyjnie jest dla nas nieosiągalna. Oczywiście wyłącznie dlatego, że cała eurosportowa ekipa ciężko pracuje po nocach, dając z siebie wszystko i jeszcze więcej.

No więc zapakowaliśmy do Vitary kamery, statywy, kable, mikrofony i pięć sztuk człowieka. Odcinek Agios Ioannis położony jest niewiele ponad 30 kilometrów od bazy rajdu, ale po ciężkich nocnych debatach dotyczących sobotniej logistyki postanowiliśmy zaatakować go od tyłu. Po to, aby następnie, z kocią zwinnością, błyskawicznie przemieścić się na następną próbę.

W poszukiwaniu internetu. Mission Impossible 5…

W poszukiwaniu internetu. Mission Impossible 5…

Plan wydawał się być idealny. Ale kilku rzeczy nie przewidzieliśmy. Po pierwsze, zapomnieliśmy o śmierdzącym sprzęgle Vitary, po drugie, patrząc w nocy na mapę nie zwróciliśmy uwagi na ukształtowanie terenu. A było pod górę. Nie jakoś bardzo dramatycznie, ale za to bardzo długo. Zaledwie kilkuprocentowe wzniesienie, ciągnące się na południe od miasteczka Sofiko.

No i tu właśnie złota Vitara stwierdziła, że ma nas gdzieś. Nas, sobotnie odcinki specjalne, połówkę i właściwie wszystko, co można mieć gdzieś. Po prostu przestała jechać. Tak, to prawda – za kierownicą siedział człowiek z gatunku tych, którzy sikają zazwyczaj na siedząco, ale ponieważ znam kilka kobiet, które doskonale radzą sobie za kierownicą, nie upatruję przyczyny śmierci Vitary w tym drobnym elemencie. Tak miało być i tak było zapisane w górze. Zreszą Magda, nasza eurosportowa reporterka, i tak podjęła trudne wyzwanie. Męska część zespołu w sobotnie, wczesne popołudnie wolała zająć się podziwianiem widoków i marudzeniem, że szybciej, wolniej, hamuj, zmień bieg, jak trzymasz ręce na kierownicy… Na jej miejscu huknąłbym przez łeb i wyrzucił kluczyki do strumyka. Proszę, jedźcie sami, skoro tacy mądrzy. Więc nie rozwodząc się nad przyczynami, uznajemy, że Vitara padła trupem i koniec.

Wiecie, jak to jest w amerykańskich horrorach… Po pierwsze, zawsze trzeba się rozejść, bo w grupie jest przecież nudno. Po drugie, dziwnym przypadkiem, w miejscu, w którym facet bez głowy biega z mechaniczną piłą łańcuchową, zazwyczaj nie ma akurat zasięgu sieci komórkowej. A jeśli jakimś bardzo dziwnym zrządzeniem losu zasięg jest, to na sto procent bateria jest totalnie rozładowana, Naładowana? Niemożliwe, wrzućmy telefon do pisuaru!

Oczywiście, nikt nie biegał bez głowy, ale wylądowaliśmy na totalnym bezludziu, bez zasięgu internetu i – o zgrozo! – bez dokumentów z wypożyczalni. Co oznaczało, że nie możemy zadzwonić tam, gdzie powinniśmy. Samochód stał pod górę, a próby przepchnięcia dużej i ciężkiej Vitary skończyły się średnio. To znaczy prawie wylądowaliśmy w kamieniach ograniczających drogę.

Uratowała nas niezawodna ekipa Kajetana. Znaleźli namiary na Avisa w Atenach, Wojtek przyjechał (zresztą, ku naszemu przerażeniu, identyczną, złotą Vitarą!) i pomógł odwrócić samochód. Stoczyliśmy się kilka kilometrów w dół do Sofiko i spędziliśmy 2 godziny w cudownej, lokalnej tawernie. I dlatego nie było wcale tak źle, bo przy okazji dostaliśmy chyba najlepsze greckie jedzenie, jakie można było sobie wymarzyć. Mało tego dowiedzieliśmy się, co to znaczy „zrobić szafę”! Pewnie też nie wiecie, ale zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z wiertłami, zawiasami i waleniem się młotkiem w paluchy, co mogłoby się wydawać całkowicie oczywiste dla każdego prostego faceta upapranego smarem i noszącego w kieszeniach spodni gwoździe i nakrętki.

Tylko połówka wciąż nie wiedziała, na czym polegają rajdy… Aż do następnego dnia, w którym dzielny Włodzimierz sto razy zakrzyknął: „O *****, tu jest 200 metrów pionu! Adaś, zabierz jej kierownicę!”

Ale o tym nieco później. Bo po dwóch godzinach krawat z Avisa zaparkował pod tawerną w Sofiko naszą nową ofiarę – Daihatsu Terios.

zatziki, czyli grecki sos z ogórkiem i czosnkiem i prawdziwa feta. Sprzęgło? Nieważne!

Tzatziki, czyli grecki sos z ogórkiem i czosnkiem i prawdziwa feta. Sprzęgło? Nieważne!

SUZUKI GRAND VITARA

SILNIK
2.4 VVT, benzynowy

SKRZYNIA BIEGÓW
Manualna, 5-biegowa

UKŁAD PRZENIESIENIA NAPĘDU
Stały, 4-zakresowy napęd na 4 koła

PRĘDKOŚĆ MAKSYMALNA
185 km/h

PRZYCZYNA ŚMIERCI
Awaria sprzęgła

OCENA
Dzięki wcześniejszym doświadczeniom ocena nie jest wcale zła. Wygodny, jak na terenowca, samochód, który potrafi poradzić sobie w bardzo trudnych warunkach. Dla wielbicieli zimnych łokci zbyt roboczy i zbyt mało rzucający się w oczy. Paliwożerny, ale w końcu to 2.4 litra z napędem 4×4.

Adam Widomski

The following two tabs change content below.

Adam Widomski

Redaktor Naczelny Eurosport Polska. Komentator sportów motorowych.

3 przemyślenia na temat “Suzuki Grand Vitara. Wół roboczy bez sprzęgła”

  1. ~tam pisze:

    nieprzegwarzenie

  2. ~Tomek pisze:

    nierewalidujący

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>